niedziela, 12 sierpnia 2012

Harambee w Laare

Mungu akubariki!

W niedzielne popołudnie wzięłyśmy udział w tzw. harambee (co w języku suahili oznacza "wszyscy za jednego"). Jest to rodzaj akcji charytatywnej, z której dochód przeznacza się na określony cel. Dzisiejsze harambee odbyło się w jednym z tzw. centrów. Do naszej parafii bowiem, oprócz kościoła pw. św. Piotra i Pawła, należy kilkanaście filialnych kaplic. W jednym z takich centrów od czterech lat budowany jest kościół pw. św. Alojzego Orione. Każdego roku oriońska wspólnota z Laare uczestniczy z radością w tym spotkaniu, by poprzez złożoną ofiarę wesprzeć dzieło budowy kościoła, którego Patronem jest nasz św. Ojciec Założyciel.

Licytacja w Laare

S.M. Alicja od pierwszych chwil z prawdziwą pasją i bardzo żywiołowo włączyła się w licytację. Swój znaczący udział w aukcji  miała także wolontariuszka Asia, dzięki której nasz misyjny inwentarz został wzbogacony o kozę, kurę i królika ;-) Ponadto z harambee przywiozłyśmy podarowaną nam drugą kozę i olbrzymią kiść bananów. 

S.M. Alicja, Asia, Njeru i nasz nowy inwentarz

Piękne w tym spotkaniu było przede wszystkim zaangażowanie mieszkańców wioski w przygotowanie aukcji, na której pojawiły się przyniesione przez nich zwierzęta, owoce, warzywa, sprzęty domowego użytku, a nawet gałązki miraa. Zlicytowany został także różaniec z ks. Orione, podarowany przez S.M. Alicję.

Dobrze było popatrzyć na tę ubogą wspólnotę, która tak bardzo czci św. Alojzego Orione i na dzieci, które z radością śpiewają: jesteśmy dziećmi ks. Orione!

Deo gratias!
Z pozdrowieniami z Laare: 
S.M. Amabilis i cała oriońska wspólnota misyjna

sobota, 11 sierpnia 2012

Na slubnym kobiercu...

Mungu akubariki!

Dzisiejszy dzień upłynął nam w dużej mierze na oczekiwaniu ;-) a potem na przeżywaniu uroczystości zaślubin jednego z synów Przyjaciela naszej misji. Uroczystość - zgodnie z tym, co podano na zaproszeniu - miała rozpocząć się w kościele o godz. 10.00. Gdy przyszłyśmy do parafii - ok. godz. 11.00 - trwały  jeszcze prace przygotowawcze związane z montażem dekoracji. Przygotowane już na tę okoliczność i zaprawione w czekaniu zabrałyśmy ze sobą do kościoła to, co pomogłoby nam przeżyć ten czas pożytecznie, a przy okazji także nieco przyjemnie. Na szczęście na terenie parafii znajduje się mieszkanie dla wolontariuszy, w którym spędziłyśmy trzy godziny, gdyż ceremonia rozpoczęła się o godz. 14.00  

Kościół został przyozdobiony balonami, brązowo-pomarańczowym materiałem i kwiatami. Przed wejściem ustawiono bramę z żywych kwiatów. Cały kościół wypełniony był po brzegi weselnikami, a przy ołtarzu stanęło trzech kapłanów. 

Po homilii małżonkowie wypowiedzieli słowa przysięgi, a podczas nakładania obrączek posypano ich głowy śniegiem w sprayu. Na znak zawartego sakramentu małżeństwa panna młoda okryła welonem pana młodego. Nie zabrakło oczywiście gromkich braw, radosnego śpiewu i tradycyjnych tańców.

Po zakończeniu Mszy św. wszyscy uczestnicy uroczystości udali się na plac przyszkolny. Byłam zaskoczona rozmachem, z jakim przygotowano tę uroczystość oraz ilością gości. Każdy mógł skorzystać z ciepłego posiłku, dołączyć do tanecznego korowodu oraz skosztować weselnego ciasta. Było zatem wśród weselników wielu ludzi ubogich, bezdomnych, dzieci ulicy i po prostu, zwyczajnych mieszkańców wioski. 

Do domu wróciłyśmy już po zachodzie słońca, pełne jednak wrażeń i bogatsze w kolejne doświadczenia.





czwartek, 9 sierpnia 2012

Kolorowe kredki w Laare

Mungu akubariki!

Od wczoraj w naszej misji po raz wtóry przebywa Asia, wolontariuszka z Bydgoszczy. Asia jest wiceprezesem fundacji "Asante", która wspiera szczególnie intensywnie twórczy rozwój naszych kenijskich Podopiecznych. Dziś zorganizowała dla dzieci pierwsze zajęcia plastyczne, w których nasze Skarby uczestniczyły z wielkim entuzjazmem. Radość dzieciaków odzwierciedlają co nieco zdjęcia, których kilka zamieszczamy, by ucieszyły także serca tych, którzy mniej, czy bardziej regularnie odwiedzają naszego misyjnego bloga! Ciąg dalszy "arterapii" po afrykańsku - już jutro!!!








Zapraszamy też tutaj:
www.foundationasante.org

Pozdrawiamy z Laare

środa, 8 sierpnia 2012

Nowy dom


Mungu akubariki!

Dziś wróciłyśmy z Nairobi. Do naszej misyjnej, oriońskiej wspólnoty dołączyła wolontariuszka, Asia z Bydgoszczy, która była już w Laare w roku ubiegłym.Właśnie po Nią pojechałyśmy na lotnisko razem z ks. Dionizym (Bez naszego Przyjaciela byłoby nam bardzo trudno! Deo gratias za to, że jest On blisko zawsze, ilekroć Go potrzebujemy!) Asia pozostanie z nami przez najbliższe trzy tygodnie!

Po powrocie do misji, zaraz po obiedzie, pojechaliśmy razem z Bliźniakami, ich mamą i rodzeństwem do nowego domu. Radość nasza była wielka, gdy zobaczyliśmy ukończone dzieło! Dom jest naprawdę okazały - oczywiście jak na nasze warunki i możliwości! Dom bowiem składa się z dwóch izb - a tuż obok powstała dodatkowo kuchnia.

Rodzina jest przeszczęśliwa - w końcu ma prawdziwie własny kąt! Wyraźnie widać, że matka dba o dom i jego otoczenie, gdyż wszystko zastaliśmy uprzątnięte i zagospodarowane!

Dziękujemy Bożej Opatrzności za wszystkie osoby, dzięki którym w tak krótkim czasie w życiu sześcioosobowej Rodziny zmieniło się tak wiele!!! Asante sana!

s.M. Amabilis, orionistka

Przed domem - z całą rodziną
Nowe okno na świat
Z Mosesem w nowym domu

Mama z Dianą i Derrickiem w nowym domu

W domu z Dziećmi

Przed domem z Dziećmi, Mamą i Asią



sobota, 4 sierpnia 2012

Wizyta u Clary i Festo

Mungu akubariki!


Wczoraj w szkole w Kabachi, a potem w domu rodzinnym - spotkałyśmy się z dziećmi zaadoptowanymi przez parafię św. Józefa w Siedlcach. W ubiegłym roku darczyńcami byli uczestnicy parafialnej Akcji "Ołówek", w tym roku adopcję osieroconego Rodzeństwa: Clary Gaceri i Festo Kirianki, podjęły dzieci z Koła Misyjnego, prowadzonego przez S.M. Anuncjatę. 




Clara Gaceri

Festo Kirianki

Dzieci - dzięki pomocy z Polski - uczęszczają do szkoły, w której każdego dnia mogą spożywać posiłki. Szkoła w Kabachi prowadzona jest przez niezwykle szlachetnego człowieka i cieszy się bardzo dobrą renomą. Warto nadmienić, że istnieje ona w miejscu, gdzie żyje największy odsetek dzieci, których rodzice  - podobnie, jak rodzice Clary i Festo - zmarli w wyniku AIDS. 



Podczas wizyty w szkole rozmawiałyśmy z dyrektorem, który z dumą mówił nam o naszych przybranych dzieciach i ich postępach w nauce. Clara i Festo zajmują w klasie, w szkole i w całym okręgu - bardzo wysokie pozycje. Pomimo niezwykle trudnych warunków bytowych osiągają wspaniałe wyniki w nauce. 

Po obejrzeniu szkoły i rozmowie z dyrektorem, zaprzyjaźniony z naszą misją, a mieszkający w Laare p. Simion, który założył szkołę w Kabachi - razem z nami pojechał do domu, byśmy mogły spotkać się i porozmawiać także z Babcią dzieci. Było to naprawdę bardzo piękne i wyjatkowe spotkanie. Babcia, która nie wiedziała, że w tym dniu przybędziemy do niej z wizytą, tuż przed naszym przyjściem wróciła z pola. Powiedziała, że to "mały cud", kierowana  bowiem wewnętrznym przeczuciem zostawiła pracę - i  wyszła nam na spotkanie. 

Clara i Festo zostały obdarowane upominkami, które przekazały nam dzieci z Koła Misyjnego w Siedlcach. Ponadto dla całej rodziny zakupiłyśmy trochę żywności. Tak niewiele - a jednak znaczy bardzo dużo!


Dla mnie osobiście spotkanie z Clarą i Festo oraz ich starszą siostrą i Babcią, która po śmierci rodziców zajęła się wychowaniem trójki rodzeństwa, było niezwykle wzruszające. Dzieci także były poruszone naszą obecnością, a Babcia dziękowała Bogu za to, że poprzez otwarte serca nieznanych jej ludzi - otacza opieką ją i jej wnuczęta. 

Asante sana! Dziękujemy!

Za wszystko składajmy Bogu dziękczynienie: 
Deo gratias!
S.M. Amabilis, orionistka ;-)

piątek, 3 sierpnia 2012

Budowy dzień drugi...

Mungu akubariki!

Dziś prace budowlane posunęły się znacząco naprzód. Jednak na przekazanie domu jego użytkownikom trzeba nam będzie poczekać do jutra! S.M. Alicja trzyma rękę na pulsie, dbając nie tylko o tempo budowy, ale także o  jakość wykonywanej pracy! Jest naprawdę świetnym szefem, który wszystko ogarnia, nadzoruje, nakarmi, a gdy trzeba da odpowiednią reprymendę! Każdego dnia uczę się od Niej życia w Kenii!


Na "placu budowy"

czwartek, 2 sierpnia 2012

Teren budowy

Mungu akubariki!

No i jesteśmy świadkami historycznych wydarzeń. Wczoraj ekipa pana Miritiego wymierzyła teren pod budowę nowego domu, a już dziś rano prace ruszyły pełną parą. Postanowiono, że dom zostanie wzniesiony na miejscu szopy, którą pracownicy przeniosą w inną część ogrodu, by można w niej było gotować. Dodatkowo zbudowana zostanie jeszcze toaleta, z której będą korzystały dwie rodziny. 

Miejsce, na którym powstaje właśnie nowy dom

Rodzina naszych bliźniaków mieszka na dość okazałym wzniesieniu. Mieliśmy dziś zatem sporo problemów z dotarciem do miejsca budowy, ale ostatecznie wspólnymi siłami udało się przetransportować materiały budowlane: kamienie, deski, piasek oraz cement. Kobiety w baniakach przyniosły wodę. Także i my miałyśmy swój skromny wkład w pracach przygotowawczych, ale później zostawiłyśmy pracowników i wróciłyśmy do domu. Jutro zobaczymy efekty dzisiejszej pracy... i być może przeprowadzimy rodzinę do nowego domu!!! 


Opatrzności Boża - czuwaj nad nami!
Amen

poniedziałek, 30 lipca 2012

Czekamy na nowy dom

Mungu akubariki!

Wczoraj popołudniu poszłyśmy odwiedzić rodzinę naszych bliźniaków. Piszę tak, ponieważ Diana i Moses są jakby bardziej niż inne dzieci "nasze", gdyż przebywają z nami od poniedziałku do piątku, a ich mama troszkę pomaga nam w opiece nad maluchami.

Na miejscu okazało się, że sytuacja naszych bliźniaków, ich matki i rodzeństwa jest obecnie bardzo trudna. Sześcioosobowa rodzina zajmuje niewielki, jednoizbowy domek. Nie jest on jednak jej własnością, a jedynie miejscem, w którym tymczasowo pozwolono zamieszkać rodzinie. Właściciele domku chcą zmienić jego przeznaczenie (zrobić w nim kurnik) i poprosili o to, by rodzina do końca miesiąca znalazła sobie inny kąt.

Przed wejściem do domu bliźniaków

Diana i Moses w swoim dotychczasowym domu


Z bliźniakami w ich "domu"
Matka, przynaglona trudna sytuacją zaczęła zabiegać o przygotowanie jakiegoś kąta dla siebie i pięciorga dzieci. Z desek, patyków i gałęzi powstaje ten nowy kąt. W porze deszczowej rodzina z całą pewnością nie będzie miała szans na przetrwanie, a i teraz to miejsce przypomina bardziej szałas niż dom!

"Dom", w którym rodzina powinna zamieszkać od 1. sierpnia br.
Z Polski udało mi się przywieźć pewną sumę pieniędzy od dzieci pierwszokomunijnych z Otwocka i dwóch zaprzyjaźnionych kapłanów. Suma ta okazała się wystarczająca i za te pieniądze sześcioosobowa rodzina będzie miała nowy dom. Mamy nadzieję, że właściciele dotychczasowego domu o kilka dni odroczą termin eksmisji i na początku sierpnia nasze bliźniaki, troje starszych dzieci zamieszkają razem ze swoją mamą w bardziej godnych warunkach!!!

I jak tu nie wierzyć w Bożą Opatrzność??? Deo gratias!
Wszystkim, którzy bezinteresownie czynią dobro - z serca dziękujemy!!!

God bless you!!!

niedziela, 29 lipca 2012

Niedziela

Mungu akubariki!

Niedzielę przeżywałyśmy prawdziwie jako Dzień Pański, tak, jak wielu zapewne nie mogłoby nawet sobie wyobrazić. Nasza miejscowość nie jest skażona pośpiechem, a ludzie poza udziałem w niedzielnym zgromadzeniu wiernych - takiego, czy innego kościoła  (a Laare jest pod tym względem bardzo zróżnicowane) - niewiele więcej w tym dniu mają do zrobienia. Wciąż jednak próbuję przyzwyczaić się do tego, że tutaj zupełnie inaczej odmierza się czas. Co to oznacza w praktyce? Na niedzielną Eucharystię, która planowo powinna rozpocząć się o godz. 10.00, wyszłyśmy z domu z kilkuminutowym opóźnieniem. Byłam już zatem nieco poddenerwowana, ponieważ z założenia lubię być punktualna. Tymczasem okazało się, że wcale nie byłyśmy spóźnione. W kościele było niewiele osób, chórzyści śpiewali, a ludzie powoli schodzili się z różnych stron. Przed 11.00 zaczęli przemawiać zaproszeni na tę niedzielę goście, którzy- jak się okazało -  mieli zachęcić parafian do wsparcia budowy kaplicy adoracji. Przemówienia, nauczanie, śpiewy i zachęty kierowane pod adresem parafian skończyły się ok. 14.00 Dopiero o tej porze rozpoczęła się - jedyna sprawowana w tym dniu Eucharystia. Nie miałyśmy więc wyboru, musiałyśmy cierpliwie na nią poczekać.  Trzeba być naprawdę cierpliwym, by wytrwać do końca, ale zdaje się, że poza nami, które z tą cierpliwością różnie sobie radziłyśmy - nikomu nie przeszkadzało tak długie spotkanie i tak znacząco opóźniona Eucharystia. Tutaj czas naprawdę biegnie zupełnie inaczej... Do domu wróciłyśmy ok. godz. 16.00

Po obiedzie odwiedziłyśmy dwie rodziny naszych Dzieci. Najważniejsze było dla nas spotkanie z Rodziną naszych najmłodszych Pociech, bliźniaków - Diany i Mosesa. Matka, która samotnie wychowuje oprócz nich jeszcze troje dzieci, z końcem miesiąca ma opuścić zajmowany przez siebie dom. Opatrzność jednak zatroszczyła się o to, by Rodzina wkrótce zamieszkała w nowym miejscu...


czwartek, 26 lipca 2012

Na sawannie

Mungu akubariki!

Wczorajszy dzień był niezwykle obfity w doświadczenia. Dla mnie - zupełnie nowe! Przed południem przyjechał po nas do Laare (tzn. po S.M. Alicję, S.M. Agnies i po mnie) ks. Dionizy z Amungenti. Razem z Nim i Jego Przyjacielem pojechaliśmy na sawannę, do szkoły, której ks. Dionizy dał początek, i której rozwój cały czas wspiera. 

Po drogach sawanny podróżowałyśmy Land Roverem z parafii ks.Dionizego. Wszędzie unosił się rdzawy pył i kurz, a w oddali widać było masywy górskie. Nim dotarliśmy do szkoły mijaliśmy plantacje bawełny i pola kukurydzy, której z powodu suszy nie udało się zebrać miejscowej ludności. Mijaliśmy też dzieci niosące bukłaki z wodą, pasące bydło, dzieci obdarte i bose... 




Na miejscu czekali na nas uczniowie, ich rodzice oraz nauczyciele. Celem naszej wizyty było m.in. przekazanie darów otrzymanych w "megapace z Polski". Dzięki pomocy dyrektora szkoły udało się mądrze rozdysponować buty, plecaki i odzież tak, by dotarła ona w pierwszej kolejności jako nagroda do najzdolniejszych dzieci, a następnie do wszystkich pozostałych tak, by nikt nie odszedł z pustymi rękoma.

Pierwsze uśmiechy na twarzach dzieci pojawiły się już na początku, gdy każde z nich otrzymało po prostu lizaka! Nieco później zaczął się istny maraton - przymierzanie butów, kamizelek, koszulek, przydzielanie nowych plecaków i robienie mnóstwa zdjęć!!!






Kolejny raz doświadczyłam tego, że choć jestem bezradna językowo, to jednak można się porozumieć - zwłaszcza z dziećmi i młodzieżą - także na wiele innych sposobów. Język miłości jest uniwersalny, każdy go zrozumie!!! I za to chwała Panu!!!

Szkoła, którą odwiedziliśmy jest naprawdę skrajnie uboga. Co prawda tuż obok zbudowanej z krowiego łajna i patyków szkoły powstaje nowy budynek, ale z każdego kąta wygląda bieda, jakiej nawet nie można sobie wyobrazić. W szkole uczy się setka dzieci. Zatrudnionych jest w niej na stałe trzech nauczycieli. Dzieci do szkoły zamiast plecaków przynoszą plastikowe kanistry z wodą. To nasze najbiedniejsze dzieci. Żyją jakby oderwane od cywilizacji, z dala od niej... Ta izolacja nie jest jednak najbardziej poruszająca, ale bieda, głód, sieroctwo - TAK! |Bez pomocy ludzi o sercach bez granic te dzieci nie mają przed sobą żadnych perspektyw! Boża Opatrzność czuwa nad tą niewielką osadą na sawannie. Czuwa w osobie ks. Dionizego, który dał początek szkole i dba o jej rozbudowę. Jednak potrzeby tych ludzi są po prostu ogromne - a wciąż niezaspokojone nawet w najbardziej podstawowy sposób!



Na trasie naszej wczorajszej wyprawy była też jedna z rodzin należących do parafii ks. Dionizego, dzieci mające już swoich adopcyjnych Rodziców w Polsce, które odwiedziliśmy w ich domach oraz w szkole w Amungenti.





Na koniec dnia, już w półmroku - zrobiliśmy jeszcze kilka zdjęć w bajecznym, bananowym gaju, na polu sukumy i kukurydzy, które uprawia ks. Dionizy z myślą o swoich 900 uczniach! Amungenti to szkoła o zupełnie innym obliczu niż ta na sawannie. Widać tu gospodarczy zmysł ks. Dionizego i Jego troskę o rozwój dzieci i młodzieży, powierzonych Mu przez Bożą Opatrzność. To najlepsza szkoła w okolicy!!! Dziękujemy Bogu, że troje naszych najzdolniejszych dzieci znalazło się w szeregach uczniowskich i zdobywa wykształcenie w Amungenti!



środa, 25 lipca 2012

Nairobi

Mungu akubariki!

Od niedzieli do wtorku byłyśmy w stolicy. Podróż tym razem odbyłyśmy jadąc w obie strony matatu. To  tani środek transportu, którym podróżują ludzie ubodzy. Na trasach dalekobieżnych podróż - o ile za kierownicą nie siedzi jakiś niezrównoważony kierowca, notorycznie łamiący prawo ruchu drogowego - bywa dość komfortowa. Wszak na jednym siedzeniu - siedzi tylko jeden pasażer, a samochód praktycznie nie zatrzymuje się na przystankach nim dotrze do celu. To jednak także zależy od kierowcy! Ciekawe - choć czasem oczywiście uciążliwe - jest to, że tutaj praktycznie nie ma rozkładów jazdy. Matatu odjeżdża wtedy, kiedy jest w nim przynajmniej komplet pasażerów. Na trasach krótszych, np. takich jak z Laare do Meru (ok. 60 km.) - ilość podróżujących znacznie przekracza wszelkie dozwolone normy. Podróżuje się też powszechnie z żywym inwentarzem ;-) A kierowcy jeżdżą często bardzo brawurowo!

W stolicy mogłyśmy znów przyjrzeć się skrajnie zróżnicowanej rzeczywistości. Zdjęć jednak zbyt wielu nie udało nam się zrobić, wszak nie zawsze jest nawet ku temu sposobność.

Na bazarze u Somalijczyków

To, co zadziwia i fascynuje to to, że wielu wyznawców innych religii chętnie głosiło nam swoją naukę - na stoiskach, w autobusach, na ulicy... Często też można spotkać ludzi nauczających na miejskich placach i skwerach. Niemal wszyscy na bazarze zwracali się do nas, jako do sióstr, nawet jeśli byli wyznawcami zupełnie innych religii. No i wielką sztuką (którą S.M. Alicja opanowała po prostu perfekcyjnie) jest targowanie się ze sprzedającymi! 

I to by było wszystko na temat naszego wyjazdu do Nairobi, w kolejce bowiem czeka bardzo wiele zdjęć i wrażeń z dnia dzisiejszego..., ale o tym nieco później!

Dziękujemy Bożej Opatrzności za wszystko, co nam daje i czym pozwala nam dzielić się z innymi - przede wszystkim za pośrednictwem naszych DOBRODZIEJÓW i RODZICÓW ADOPCYJNYCH naszych Dzieci!!! Deo gratias za każdą i każdego z WAS!!!

Pozdrawiam w Panu
- S.M. Amabilis ze Współsiostrami i Dziećmi z Laare


sobota, 21 lipca 2012

Buty, pchly i kosci

Mungu akubariki!

Temat tego posta może brzmi może nieco zagadkowo, więc żeby nikogo niepotrzebnie nie trzymać w napięciu napiszę krótko (tym bardziej, że po 1. nigdy nie wiadomo, kiedy znowu zabraknie nam prądu, a po 2., trzeba mi nieco odpocząć, gdyż jutro jedziemy do Nairobi matatu  - a to nie lada wyprawa - zwłaszcza wspomnianym środkiem transportu)

A zatem punkt 1. BUTY

Jak wiadomo wszystkim, którzy śledzą naszego bloga - jakiś czas temu otrzymałyśmy "megapakę" z Polski, a w niej sporo różnych upominków - wśród nich - wspomniane BUTY. Do misji raz po raz zgłaszają się zatem nasze Dzieci po odbiór upominków od swoich adopcyjnych Rodziców. Nikt nie wychodzi od nas z pustymi rękami, a na twarzy każdego Dziecka pojawia się uśmiech - wszystkie bowiem są wdzięczne za to, co otrzymują. 

Dziś przywędrowała do nas trójka rodzeństwa. Każde z dzieci miało poranione stopy (powód - dżigasy, robaki żywiące się ludzką tkanką), i dosłownie rozlatujące się buty. Tenisówki, w których przyszła do nas dziewczynka, były prawie całkowicie pozbawione podeszwy. Buty chłopców były dziurawe, powiązane sznurkami. Widok nędzy!!! Zdjęcia same w sobie naprawdę wszystkiego nie oddadzą! Cała trójka otrzymała dziś nowe buty i odzież. A my dziękujemy Bożej Opatrzności za to, że działa, że czuwa nad nami, że posługuje się sercami tak wielu ludzi, by za ich pośrednictwem dobro było udziałem naszych ubogich dzieci!



Punkt 2. - PCHŁY

O pchłach wspomnę tylko tyle, że naprawdę tu są - czego doświadczam dotkliwie z powodu coraz liczniejszych znaków na moim ciele, które świadczą o ich niezwykłej aktywności! Dziś toczyłam także bój z komarami! Czy zwyciężyłam? Okaże się za dwa miesiące, wszak dowodem zwycięstwa może być tylko moje zdrowie. Póki co jestem wolna od malarii!!!

Punkt 3. - KOŚCI

To temat zupełnie odrębny i także nieopatrzony jeszcze fotokomentarzem.W naszej miejscowości jest kilka punktów, w których można kupić mięso. W sklepach mięsnych nie ma praktycznie żadnych wędlin. Na hakach wiszą olbrzymie kawałki mięsa. Mięso nie jest porcjowane. Za tę samą cenę można kupić kawałek słoniny i schabu. Wszystko zależy od tego, co się akurat nawinie sprzedawcy - co odrąbie swoją maczetą i rzuci na szalę. Sprzedawca wygląda jak rzeźnik. Biały fartuch - jest tylko wspomnieniem białego fartucha! Na ladzie są ślady krwi, ścinki z mięsa, kawałki kości... Widok mało przyjemny, ale... choć osobiście do miłośników mięsa nie należę, to oczywiście S.M. Alicji w zakupach towarzyszę. Dziś także udałyśmy się do masarni, by nabyć na jutro porcję mięsa i kości. Siostra ma swój ulubiony sklep, gdzie jest już znany Jej gust i smak ;-) Temat kości jednak nie byłby tak pasjonujący i wart rozwinięcia, gdyby nie fakt, że dziś otrzymałam w prezencie od właściciela sklepu - cały kilogram kości ZA DARMO!!! Trudno powiedzieć, że był to "słodki upominek", ale... przecież nie każdego dnia otrzymuje się takie prezenty! Ciąg dalszy tej historii był taki, że część kości ofiarowałyśmy naszemu gospodarzowi Njiru, by mógł ugotować sobie na nich zupę, którą spożyje w dniu jutrzejszym, tym bardziej, że coś do tych kości s.Alicja jeszcze mu dołożyła! 

U końca kolejnego dnia w Laare Bogu chwała za wszystko, co nam daje i czym pozwala dzielić się z innymi! 

Deo gratias! S.M. Amabilis ze Współsiostrami

środa, 18 lipca 2012

Kochamy nasze Dzieciaki

Mungu akubariki!

W naszej misji jest z nami kilka osób, które pomagają nam w codziennej pracy - przy maluchach, w kuchni, w praniu, a także w "gospodarstwie" (mamy bowiem krówki i kózki, kury i króliczki - niewielki inwentarz, ale zawsze jest się wokół czego krzątać) Ten ostatni obowiązek należy do pewnego Pana, który dla naszych najmłodszych Pociech jest jak najlepszy dziadzio. Nigdy nie przejdzie obojętnie obok płaczącego dziecka, przygarnie każde, które się przy nim pojawi! Ma po prostu dobre i szlachetne serce. Dlatego właśnie dzieci lgną do Pana Njeru. 

Z "dziadkiem" Njeru



Dni mijaja...

Mungu akubariki!

Od poniedziałku do dzisiejszego poranka nasza Wspólnota gościła Siostry ze Zgromadzenia Służebnic Niepokalanej. Zdjęcia z powitania Sióstr - choć były pełne wdzięku - niestety przez przypadek lub tzw. nieuwagę, po prostu trwale usunęłam z aparatu. A szkoda, bo była to ważna chwila, w naszym domu podejmowałyśmy bowiem Matkę Generalną M. Asuntę z Włoch, ekonomkę generalną S.M. Magdalenę z Rumunii oraz trzy Siostry, które od kilku miesięcy mieszkają w naszym domu w Nairobi, gdzie przygotowują się do podjęcia pracy misyjnej w Kenii: były to dwie S.M. Daniele z Rumunii i S.M. Teresa ze Szwajacarii. Zrobiło się u nas zatem jeszcze bardziej międzynarodowo, kolorowo i wielojęzycznie. Siostry odwiedziły parafie, w której w przyszłości zamierzają podjąć swoją posługę oraz razem z naszą S.M. Agnes udały się do Rodziny objętej przez nas pomocą. Były poruszone biedą Rodzin i Dzieci, którym posługujemy. Siostry z serca podziękowały S.M. Alicji i całej naszej wspólnocie w Laare - nie tylko za gościnność i serdeczne przyjęcie, ale nade wszystko za chętne dzielenie się własnym doświadczeniem pracy misyjnej i formacyjnej w Kenii.

Poniżej zamieszczamy kilka zdjęć, które udało się ocalić ze spotkania z ubogimi...









piątek, 13 lipca 2012

...

Mungu akubariki!

Dziś porządkowałyśmy i segregowałyśmy otrzymane wczoraj paczki. Trzeba się dobrze przygotować na moment przekazywania tych skarbów Dzieciom, żeby do każdego dotarła właściwa przesyłka! To naprawdę niezłe wyzwanie, ponieważ darów jest naprawdę baaaaardzo dużo! 

Czeka nas jeszcze napisanie i wysłanie kilkudziesięciu maili do naszych  Dobrodziejów!

A na dzisiejszych zdjęciach - po prostu nasze Dzieci!