Wreszcie o 14.00 na horyzoncie pojawił się biały, przystrojony w kwiaty samochód z młodą parą. Następnie przyjechali kolejni goście. Największe wrażenie zrobiła na nas rodzina, a szczególnie 3 małe dziewczynki, ubrane na biało, podobnie jak panna młoda oraz cały orszak dziewczynek i dziewczyn w ślicznych zielonych sukienkach oraz chłopców i dorosłych mężczyzn w garniturach – prezentowali się rewelacyjnie. Ucieszone przyjazdem młodej pary, byłyśmy pewne, że ślub zacznie się niebawem, jednakże się myliłyśmy. Z niewiadomych dla nas powodów panna młoda siedziała w samochodzie jeszcze co najmniej 20 minut. W tym czasie zdążyliśmy wypatrzeć, że ma na głowie koronę na której migają różnokolorowe światełka. Z opowieści s. Alicji wiedziałyśmy, że tutaj są takie zwyczaje, niemniej jednak korona rozbawiła nas do łez. Spodziewałyśmy się bowiem, że panna młoda Lucy i jej przyszły mąż Henry, którzy należą do tutejszej wspólnoty charyzmatycznej są bardziej „europejscy” i korony nie będzie. Jednak korona tutaj to chyba tradycja, więc była.
Co więcej świeciła i to kilkoma kolorami jednak tylko na początku, ponieważ pod koniec uroczystości chyba wyczerpały się baterie i świeciła już tylko na czerwono. Pan młody na szczęście nie miał korony, miał za to uśmiech od ucha do ucha – widać było, że jest bardzo szczęśliwy i przy tym bardzo wyluzowany. Jak się dowiedziałyśmy wieczorem nowożeńcy mają po 34 lata i to ich pierwszy ślub, więc czekali trochę na siebie. Tutaj, w okolicy w której panuje wielożeństwo, tak późne zamążpójście nie jest częstym zjawiskiem, stwierdziłyśmy więc, że chyba naprawdę się kochają. Siostra opowiedziała nam jednak, że bardzo często ludzie mieszkają ze sobą, a długo odkładają ślub, ponieważ rodzina panny młodej nie ma wystarczającej ilości krów czy kóz, aby dać je w posagu. Procederu tego nie da się ominąć, ponieważ grozi za to kara wydziedziczenia. Wracając jednak do ślubu, kiedy w samochodzie ksiądz udzielał błogosławieństwa pannie młodej, w przystrojonym balonami Kościele już rozbrzmiewały
śpiewy tutejszego chóru.
Co więcej świeciła i to kilkoma kolorami jednak tylko na początku, ponieważ pod koniec uroczystości chyba wyczerpały się baterie i świeciła już tylko na czerwono. Pan młody na szczęście nie miał korony, miał za to uśmiech od ucha do ucha – widać było, że jest bardzo szczęśliwy i przy tym bardzo wyluzowany. Jak się dowiedziałyśmy wieczorem nowożeńcy mają po 34 lata i to ich pierwszy ślub, więc czekali trochę na siebie. Tutaj, w okolicy w której panuje wielożeństwo, tak późne zamążpójście nie jest częstym zjawiskiem, stwierdziłyśmy więc, że chyba naprawdę się kochają. Siostra opowiedziała nam jednak, że bardzo często ludzie mieszkają ze sobą, a długo odkładają ślub, ponieważ rodzina panny młodej nie ma wystarczającej ilości krów czy kóz, aby dać je w posagu. Procederu tego nie da się ominąć, ponieważ grozi za to kara wydziedziczenia. Wracając jednak do ślubu, kiedy w samochodzie ksiądz udzielał błogosławieństwa pannie młodej, w przystrojonym balonami Kościele już rozbrzmiewały
śpiewy tutejszego chóru.
I gdy panna młoda w końcu wysiadła z samochodu rozpoczęła się radosna procesja wprowadzająca najpierw ją, a potem jej przyszłego męża do Kościoła. W procesji, tanecznym krokiem podążały ubrane w białe i zielone sukienki dziewczynki razem z chłopcami w eleganckich garniturach, za nimi szła panna młoda i jej świadek, następnie znowu orszak dzieci i starszych za którymi podążał pan młody i świadek. Gdy już wszyscy zajęli swoje, uprzednio wyznaczone miejsca rozpoczęła się Eucharystia. Oczywiście cała uroczystość była przeplatana radosnymi śpiewami i tańcami. Po kazaniu nastąpił najważniejszy moment – zawarcie sakramentu małżeństwa, moment podniosły i jednocześnie bardzo radosny z confetti, sztucznym śniegiem, bańkami mydlanymi, trąbieniem i okrzykami. Już jako małżeństwo Lucy i Henry razem z częścią chóru wzięli udział w radosnej procesji z darami.
Na samo zakończenie Eucharystii nowożeńcy wespół ze świadkami i najbliższą rodziną tańczyli tuż przy ołtarzu, a pani, którą z całą pewnością można nazwać wodzirejem, gdyż przewodziła również zabawie weselnej, śpiewała i prawdopodobnie składała życzenia bądź błogosławiła – tego nie wiemy, gdyż wszystko odbywało się w kimeru. Właśnie takim radosnym akcentem zakończył się ślub w Kościele. Następnie wszyscy goście udali się na wesele, które odbywało się w szkole. My również się tam udaliśmy. Kiedy przybyliśmy na miejsce para młoda i goście tańczyli. Nie były to jednak takie tańce jakie znamy z polskich wesel – tutaj wszyscy tańczący utworzyli krąg i w dwóch rzędach, jeden za drugim wykonywali te same ruchy. Oczywiście i my do nich dołączyłyśmy J